#6 Światło

Nie wiem nawet ile czasu minęło od dnia, w którym dowiedzieliśmy się o wadzie serca naszej córeczki. Mam wrażenie, że cały ten czas leżałam w łóżku i płakałam, nie mając sił w ogóle z niego wstać. Nikt z rodziny nie wiedział co mówić, jak pocieszać, jak się zachować. Bo co można powiedzieć, jeśli serce, najważniejszy narząd organizmu wykształcił się tylko w połowie? Jak ktoś, kto nie miał nigdy styczności z wadą serca może pocieszyć, skoro dziecko, które ma przyjść na świat ma tylko połowę serca? A połowa serca to teoretycznie wyrok. Przecież nie da się żyć bez serca. A z połową…? 

Jak to w ogóle możliwe? Co poszło nie tak? Dlaczego ta komora się nie wykształciła… Setki pytań bez odpowiedzi siedziały w naszej głowie nie pozwalając myśleć racjonalnie. Nagle znaleźliśmy się w miejscu, którego nie przewidywały żadne nasze plany, żadne scenariusze. Nie tak miało być. Widzieliśmy zbiórki na pomoc innym dzieciom, udostępnialiśmy i pomagaliśmy na tyle, ile mogliśmy pomóc. Czytając każdą historię człowiekowi pękało serce, a jednocześnie w głowie brzmiało: „Dobrze, że mnie to nie dotyczy”. A podświadomość podpowiadała, że mnie to nigdy nie spotka. Nigdy, ani przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, że to ja mogę znaleźć się po tej drugiej stronie. Po stronie paraliżującego strachu w walce o najważniejszą osobę w życiu. Po stronie bezsilności i niemocy w walce o małego człowieka, który jeszcze się nie narodził, a jego życie już jest na szali… Na cieniutkiej linii pomiędzy życiem a śmiercią. To tak, jakby zderzyć się z murem, za którym stoi ktoś, kto mówi: „Tak. Ciebie też to może spotkać. To może spotkać każdego – bez wyjątku.” 

Znalazłam się w miejscu, w którym życie przewartościowało się w ciągu jednej chwili. Problemy, które były do tej pory tymi największymi i wydawały się nie do przeskoczenia, nagle przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Jakby ktoś zdmuchnął wszystkie zmartwienia, niczym kurz ze starej półki, zastępując je betonowym, kilkutonowym głazem, który przygniata i nie idzie go ruszyć… W ten sam sposób rozmywały się dotychczasowe plany, które układaliśmy sobie w spójną, wymarzoną wspólną przyszłość. W tamtym momencie na własne oczy zobaczyłam i poczułam na własnej skórze, jak cenne jest  ż y c i e. Zrozumiałam, jak wielką wagę przywiązuje się do rzeczy materialnych, jak bardzo frustrować może, kiedy coś w pracy idzie nie tak, a zapomina się o najważniejszej wartości na świecie. Zrozumiałam, że muszę walczyć. Zrobić wszystko, co się da. Wiedziałam, że znajdę w sobie siłę i „poruszę niebo i ziemię”, aby znaleźć ratunek dla serduszka, które noszę pod swoim sercem. Wiedziałam, że muszę działać, póki mam na to czas i póki da się coś zrobić. Ta iskierka, która daje nadzieję nie może nigdy zgasnąć. Muszę ją podtrzymywać, choćbym miała iść przez huragan. Nie mogę dopuścic, by zgasła… 

* * * 

– „Cześć. Słuchaj, rozmawiałem dziś z Mariką. Pogadaliśmy trochę o tej całej sytuacji. Zapytała, czy może chcielibyście porozmawiać z kimś, kto wie więcej na ten temat i może pomóc. Powiedziała, że może spróbować skontaktować Was z rodzicami Wojtusia…” – w tym miejscu głos mojego taty urwał się. Zadzwonił do mnie, by przekazać informacje. Głosy wszystkich wokół były od pewnego czasu tak samo przygnębione, próżno było szukać w nich jakichś emocji. Każde pytanie czy stwierdzenie wyrażane było bez modulowania głosu. W ten sposób udawało się uniknąć przysłowiowej „kluchy w gardle”, która sprawiała, że człowiek zaczynał się sypać. Po prostu suche przekazanie informacji, żeby samemu jakoś się trzymać.

– „Z rodzicami Wojtusia…?” – dawno nie miałam w sobie tak sprzecznych emocji. Z jednej strony czułam, że to nasza nadzieja. Czułam, że są to jedyne osoby w promieniu dziesiątek kilometrów, które mają dużą wiedzę w tym temacie i jeśli jest ktoś, kto może nam pomóc się odnaleźć, to właśnie oni. Ulga, że ktoś zaproponował, aby nas ze sobą skontaktować, bo sama nie odważyłabym się napisać i poprosić o pomoc. Ale z drugiej strony poczucie, że to może być dla nich zbyt wiele. Nie chciałam nakładać na nich tak wielkiego ciężaru, w postaci wracania do najtrudniejszych wspomnień w życiu. Nie miałam pojęcia czy ja dam radę, by pytać. By prosić o pomoc. Ale nie miałam wyjścia. Poprosiłam tatę, żeby Marika spróbowała się z nimi skontaktować, jeśli nie będzie to dla niej problem, ale zaznaczyłam, aby przekazała, że my zrozumiemy, jeśli nie będą czuli się na siłach o tym rozmawiać. 

Odpowiedź przyszła dużo szybciej niż się spodziewałam. Umówiliśmy się na spotkanie. Nadzieja i strach wypełniały mnie w zawrotnym tempie, wprost proporcjonalnie do upływającego czasu. To spotkanie zapamiętam na długo, pewnie na zawsze. Wchodząc przez próg nie miałam pojęcia, jak się zachować. Tak bardzo bałam się zadawać kolejne pytania. Szukałam w głowie odpowiednich słów. Zupełnie niepotrzebnie. Sandra i Łukasz dali nam tyle serca, tyle wsparcia i tyle nadziei, że nie byliśmy w stanie pomieścić tego w naszych sercach, a wsiadając do auta po spotkaniu, łzy jak grochy spływały nam po policzkach. Czuliśmy ogromną wdzięczność i jeszcze większą rozpalającą się w nas nadzieję. Dostaliśmy całe mnóstwo cennych wskazówek, których nie znaleźlibyśmy nigdzie indziej. Tylko my sami wiemy, jak wiele dała nam ta rozmowa. Jak bardzo zmieniła nasze myślenie i jak ogromną motywacją nas naładowała. Zaczęliśmy wreszcie wierzyć, że zwycięstwo tej walki jest realne. Sandra i Łukasz zabrali nas w podróż do innego świata, za co jesteśmy im niezwykle wdzięczni. Do świata, z którym będziemy musieli się zmierzyć. Z którym staniemy wkrótce twarzą w twarz. Pokazali obcą nam rzeczywistość, o istnieniu której do tej pory nie mieliśmy pojęcia, a która to wkrótce miała stać się naszą codziennością. Świat, którego doświadczania nie życzymy nikomu na całej kuli ziemskiej. Dzięki nim wiedzieliśmy, co robić. Obcy nam dotychczas ludzie w najtrudniejszym momencie swojego życia wzięli nas za rękę i poprowadzili, odkrywając przed nami tę nową rzeczywistość krok po kroczku. Od tamtej pory stali nieustannie u naszego boku, ramię w ramię, dając bezcenne wskazówki, odpowiadając na wszystkie pytania, którymi ich zasypywaliśmy. Będąc dla nas o każdej porze dnia i nocy. Kto by pomyślał, że w takich warunkach rodzi się prawdziwa przyjaźń…

Było to 13 sierpnia. Tej daty nigdy nie zapomnę, ponieważ tego samego dnia wszystkie pielgrzymki wchodziły na Jasną Górę. Wśród nich była ta dla nas najważniejsza. Najbliższa naszemu sercu – grupa „Zielona”. Tym bardziej wyjątkowy był to moment, ponieważ wiedzieliśmy, jaka intencja jest niesiona na ramionach i w sercach, chyba już wtedy większości pielgrzymów z tej grupy. Bardzo chcieliśmy towarzyszyć im podczas tego dnia, dlatego zdecydowaliśmy, że pojedziemy w miejsce, gdzie spotyka się kilkanaście grup na wspólnej mszy świętej – do Kłobucka. 

W momencie, kiedy rodzic dowiaduje się o tym, że jego jeszcze nienarodzone dziecko, ma poważną wadę, która zagraża jego życiu w ogromnym stopniu, ciężko jest przyjąć to do siebie i pogodzić się z tym. Nieustannie w głowie dźwięczy tak głośno, że aż boli, pytanie „Dlaczego? Co zrobiliśmy źle? Co mogliśmy zrobić lepiej?”. Niezwykle trudno znaleźć w tym wszystkim sens, a jeszcze trudniej wierzyć, że Bóg ma na nasze życie swój plan, który jest lepszy od naszego. Najtrudniej natomiast jest puścić się tego, co znamy bardzo dobrze, a czego kurczowo się trzymamy. To znaczy planów, oczekiwań względem tego, jak potoczy się nasze życie. Niektórzy w większym, inni w mniejszym stopniu, ale jednak planujemy naszą przyszłość. Chcemy mieć pod kontrolą to, co ma wydarzyć się w naszym życiu. I to jest dobre. Natomiast nie zawsze jest tak, jak sobie to zaplanujemy. W chwili, kiedy świat zaczął nam się sypać i traciliśmy grunt pod nogami, najtrudniej było uwierzyć. Puścić się tych wszystkich kurczowo trzymanych, rozdzierających od środka emocji i zaufać. Oddać wszystko w ręce Tego na Górze i zaufać. Tak całkowicie, totalnie i bezwzględnie. Udało mi się to kilka razy w życiu. Pierwszy był właśnie na wspomnianej wcześniej mszy świętej. Kościół, który ma w sobie coś niezwykłego, wokół setki osób, z których każda z nich niesie w sercu swoją, a wiele z nich pewnie też inne intencje. I ta jedna, jedyna, dla nas najważniejsza. Wyczytana na głos przez mikrofon do tych setek ludzi sprawiła, że coś we mnie pękło i zalałam się łzami. Ta myśl, że tyle ludzi, osób zupełnie świadomych po co tam są, modli się, aby dziecko, które noszę pod sercem, wygrało najtrudniejszą walkę, daje taką siłę, jakiej nie jest w stanie dać nic innego. Siedzieliśmy z mężem na ziemi, na pożyczonej karimacie przed ołtarzem, wśród tych wszystkich osób i ściskaliśmy się za ręce, jakbyśmy chcieli przekazać sobie: „Tak. Jesteśmy gotowi. Będziemy o Ciebie, córeczko, walczyć do końca świata.” A kiedy z ogromną mocą wybrzmiał z ust setek pielgrzymów hymn Światowych Dni Młodzieży, czułam jak wyrastają mi skrzydła, a serce w całości wypełnia się nadzieją i wiarą. Właśnie wtedy, powiedziałam do mojej córeczki: „Jeszcze przyjedziemy tu razem. Zobaczysz. Obiecuję, że niedługo Cię tu zabiorę.”

Po wyjściu z kościoła zostaliśmy zalani falą miłości i prawdziwego wsparcia, płynącego z głębi serca. Mnóstwo osób podchodziło do nas, przytulało nas . Jedni mówili, żeby nie tracić wiary, inni, że będą z całych sił modlić się za nas, jeszcze inni po prostu przyszli nas uściskać, nie mówiąc nic. Dla nas znaczyło to tak wiele. Więcej niż tysiące innych słów. Wracaliśmy do domu dużo silniejsi, pełni wiary i nadziei. Z dużym przekonaniem, że Bóg pozwoli nam odkrywać życie na nowo razem z naszą córeczką. 

10 odpowiedzi na “#6 Światło”

  1. Przepięknie napisane. Czyta się Pani wpisy jednym tchem i chce się, aby ten wpis trwał i trwał i się nie kończył. Proszę pisać częściej, choć jako mama wiem, że opieka nad dzieckiem pochłania dużo czasu i pewnie na to pisanie czasu Pani brakuje.
    Dużo zdrówka dla Michalinki.
    Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

  2. Bylysmy razem na tych studiach magisterskich;) na obronie powiedziałaś mi ze jestes w ciąży;) Byla radość, były uśmiechy;)… wzruszyłam sie do łez podczas czytania tego tekstu 4 razy .. p Piszesz tak, że niemal czuję te emocje. Jestescie niesamowici. Tak mlodzi, tak silni, juz tak doswiadczeni.. zycze duzo zdrowia Misi i sily dla was by pokonywać te przeciwności losu..

    Polubione przez 1 osoba

Odpowiedz na Mama Oliwki Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.